10 września 2018

Mój pierwszy festiwal | OWF

Sam Smith - Too Good At Goodbyes

Gdyby za pisanie o pewnym wydarzeniu kilka miesięcy po nim były nagrody, prawdopodobnie zdobyłabym każdą. Tak, dobrze przeczytaliście. Relacjonuję festiwal, który był 3 miesiące temu.

Kolejny wyjazd do stolicy nie był w planach nawet kilka tygodni przed samym festiwalem. Jakoś tak żyłam w przekonaniu, że to nie dla mnie, że podróż z biletem wyniesie mnie o wiele za dużo, a przed wakacjami takie wydatki nie były wskazane. Niestety albo i stety, dałam się namówić! Co prawda tylko na jeden dzień, ale kolejny koncert na liście utrzymywał mnie przy życiu w przerwie między The Vamps w maju a zakończeniem roku i dwoma miesiącami wyjazdów. Wyczekiwałam dnia, w którym będę mogła kupić bilety na pociąg i wszystko będzie idealnie zaplanowane, tak jak mam to w zwyczaju. Gdy naszedł dzień wyjazdu, nie obyło się bez przygód. Kiedy nasz pociąg przyjechał na peron, bilet, właśnie na ten pociąg, wypadł mi z ręki prosto pod niego. Mimo wszystko cale i zdrowe, wraz z Nikolą, dotarłyśmy do Warszawy i nawet zdążyłyśmy zjeść naleśniki w Manekinie! Teraz gdy piszę o tej sytuacji, trochę mnie ona bawi, ale wtedy zupełnie nie było mi do śmiechu. Raczej nie kupię już biletu w kasie, mimo że przygoda skończyła się dobrze. Wolę mieć pewność, że bilet będzie ze mną mimo deszczu, wiatru i innych zjawisk pogodowych.
Nikogo nie zaskoczę, pisząc, że najbardziej nie mogłam doczekać się Duy Lipy. To przede wszystkim jej obecność sprawiła, że dałam się namówić na ten wyjazd. Mimo niewielkiego spóźnienia na jej koncert bawiłam się naprawdę świetnie! Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to że na żywo jest naprawdę śliczna. Teraz nawet słysząc któryś z jej hitów w radiu, widzę w głowie te wszystkie nietypowe, ale jednocześnie naprawdę ciekawe układy taneczne, które zaprezentowały jej tancerki.
Niesamowicie zaskoczył mnie występ Sam’a Smitha i to jak uroczą jest osobą! Uśmiechałam się za każdym razem, gdy coś mówił. Biło od niego takie ciepło! Jego głos na żywo jest naprawdę przepiękny i jeśli kiedyś będzie okazja – na pewno wybiorę się na jego koncert ponownie. Wraz z zespołem pokazali coś wspaniałego. Uwielbiam wracać do tych krótkich filmików, które udało mi się nagrać i znów zobaczyć grupę tych uśmiechniętych ludzi.
Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy pojawił się pomysł na ten post, napisałabym, że w siedzeniu na dworcu do 5 rano nie ma przecież nic złego i to świetna przygoda, ale po przeżyciu tego kilka razy całkowicie zmieniłam zdanie!

Podsumowując, zupełnie się nie zawiodłam i sama nie wiem, dlaczego nie pojechałam na OWF już rok temu, gdy line up był równie genialny, ale wiem jedno – to była świetna przygoda i jeśli za rok pojawią się równie interesujący artyści, może wybiorę się nawet na dwa dni! Gdzieś tam w celach wypisałam sobie też Openera, zobaczymy co z tego wyjdzie.























 kombinezon - click

Postanowiłam, że w związku z planem postu o pielęgnacji moich włosów, zapytam Was czy chcielibyście wiedzieć coś oprócz tego jakiego używam szamponu czy odżywki. Jeśli macie jakieś włosowe pytanka zadajcie je w komentarzu, a ja chętnie odpowiem na nie w odpowiednim poście.


Read more

30 sierpnia 2018

Ostatni raz | #OM2k18

Jonas Blue - Rise ft. Jack & Jack

Obozy mają w sobie coś takiego, że mimo jakichś minusów i tak fajnie jest pojechać na kolejny. Chociaż tegoroczny był już moim ostatnim, to całkiem miło wspominam tę przygodę i możliwość poznania nowych miejsc. W ciągu tych kilku lat miałam okazję odwiedzić Grecję, Włochy, Chorwację no i w tym roku Paryż oraz Hiszpanię, jednocześnie spełniając swoje małe marzenie o dniu spędzonym w Disneylandzie. Standardowo opowiem Wam trochę o moim wyjeździe!

Zacznę może od tego, że na obóz jechałam w towarzystwie Nikoli, ale już w drodze do Disneylandu udało nam się poznać kilka całkiem fajnych osób. Co roku, mimo nieśmiałości, poznaję nowe osoby, ale chyba nie odważyłabym się wybrać na obóz sama. Po kilkunastu godzinach w podróży znaleźliśmy się we Francji, gdzie prosto z autokaru czekał nas cały dzień zabawy w Disneylandzie. Początkowo nie byłam tym zachwycona – naprawdę źle czuje się po siedzeniu tyle godzin, ale magia tego parku chyba mi to wynagrodziła. Disneyland podzielony jest na dwa parki: stary i nowy. Oba były świetne, ale wbrew pozorom nowszy bardziej podbił moje serce, mimo że to bajki ze starego towarzyszyły mi w dzieciństwie. Minusem tak wielkiego i popularnego parku są oczywiście kolejki, no ale czego nie robi się dla zabawy? Jeśli śledzicie mnie na instagramie, na którego swoją drogą serdecznie zapraszam, wiecie, że nie obyło się bez zdjęć przy popularnym i przepięknym zamku. Cóż, skradł moje serce i w sumie mogłabym w takim zamieszkać. Jeśli kiedyś będziecie w Disneylandzie, koniecznie wybierzcie się na Rock 'n' Roller Coaster Aerosmith, The Twilight Zone Tower of Terror i Crush’s Coaster. Chętnie sama wybrałabym się na nie ponownie! Niestety nie miałam okazji zobaczyć parady, ale myślę, że to dobry powód, by odwiedzić Paryż jeszcze raz.
Po całym dniu zabawy w Disneylandzie udaliśmy się do hotelu kawałek od Paryża, a także...lotniska! Wyglądając przez okno, można było zobaczyć światełka samolotów czekających na lądowanie, a te startujące przelatywały nam nad głowami. Nie byłabym sobą, gdybym nie spędziła w oknie kilkudziesięciu minut na obserwacji tego wszystkiego. Sama nie wiem co fascynuje mnie w samolotach, od dzieciaka cieszyłam się na ich widok! Rano, mimo otwartego okna, te wielkie i głośne maszyny na szczęście nas nie obudziły, a łóżka były na tyle wygodne, że naprawdę się wyspałam. Śniadanie we Francji było moim ulubionym. Kawa i świeże, cieplutkie rogaliki. Czy można chcieć czegoś więcej?
Drugi dzień spędziliśmy równie aktywnie, bo na zwiedzaniu Paryża. Metrem udaliśmy się prawie pod samą wieżę Eiffla, gdzie mogliśmy także wejść zaraz po rejsie po Sekwanie. Widoki są nieziemskie, choć przyznam Wam, że marzy mi się wejście na samiutką górę - tylko może windą, bo wejście po tylu schodach było nie lada wyzwaniem. Po obiedzie i zakupach zobaczyliśmy także Katedrę Notre-Dame, a potem już do autokaru i w drogę do Hiszpanii.
Lloret jest typowo imprezowym miejscem, ale z dobrym towarzystwem nawet i bez wyjść do klubu da się fajnie bawić. Jak co roku mieliśmy wyjścia na plażę, czas dla siebie i zbiórki sprawdzające, czy żyjemy. Trafiłam nawet na całkiem fajnych opiekunów! Jeśli chodzi o nasz pokój w hotelu Goya, nie należał on do zbyt przytulnych, ale jak na sam nocleg nie było najgorzej. Tak jak wspomniałam w poprzednich postach z obozów – jedzenie w takich miejscach chyba rzadko jest zjadliwe. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zjadłam tyle lodów!
Nie ukrywam, że zaczynam czuć się już trochę staro, gdy myślę o tym, że to już mój ostatni obóz i za rok już sama polecę na wakacje. Takie wyjazdy sprawiały mi wiele frajdy i tak jak wspomniałam na początku – dzięki nim miałam okazję zobaczyć trochę świata.

 

Ostatnio mam okazję stawać przed obiektywem nowych osób i jak widzicie, efekty nie są takie najgorsze. W tym przypadku powiedziałabym nawet, że są świetne. Od kilku lat marzyłam o zdjęciach z Julką. Jej sesje miały w sobie coś, co sprawiało, że chciałam stanąć przed jej obiektywem. No i stało się i to w Lloret de Mar! Mimo beznadziejnego do zdjęć światła udało nam się stworzyć coś super i to w ostatnie godziny mojego pobytu na wybrzeżu Costa Brava. Dajcie znać jak Wam się podobają i wpadajcie na profil Julki na instagramie - @juliaszymanczyk.pl


Read more
Zaula, 2017